Senator RP Adam Szejnfeld –Trzy polecenia.

Trzy polecenia.

 Poprosiłem sekretarkę o zorganizowanie zebrania załogi. Całej załogi.

– Mam zwołać wszystkich pracowników, ze wszystkich biur i jednostek? Teraz? – powtórzyła moją prośbę z niedowierzaniem.

– Tak, wszystkich. Chce im przekazać bardzo ważną sprawę – potwierdziłem.

– Nie pomieszczą się… – próbowała opanować.

– Muszą – zdecydowałem. To będzie bardzo krótkie zebranie – dodałem.

Gdy wszyscy byli już na sali wszedłem i usiadłem naprzeciwko nich. Przywitałem się. Było tłoczno, większość jednak siedziała. Panowała cisza. Czekali na to, co się stanie.


Od dotychczasowych zwierzchników słyszeli o „solidaruchach” wszystko, co najgorsze. A ja byłem przecież… solidaruchem.

Dzień wcześniej zostałem wybrany na stanowisko burmistrza. To był mój pierwszy dzień w pracy. Zebranie zorganizowałem bez zapowiedzi. Nie wiedzieli po co. Siedzieli w napięciu.Byli przygotowani na wszystko.

– Proszę państwa, dzisiejsze zebranie będzie bardzo krótkie, chcę bowiem przekazać państwu moje pierwsze polecenia. Będą tylko trzy.

Atmosfera gęstniała. Nie rozmawiali ze sobą. Nie patrzyli na mnie.

– Oto moje pierwsze polecenie służbowe: Kiedy klient wejdzie do państwa biura, proszę spojrzeć na niego, potem uśmiechnąć się i powiedzieć dzień dobry – rozpocząłem.

Ich twarze nagle zwróciły się w moją stronę. Ciągle bez słowa, w ciszy patrzyli na mnie z nieukrywanym zdumieniem. Tym razem ja zamilkłem. Chciałem dać im czas na analizę, na uspokojenie emocji, na przygotowanie się do słuchania. Wielu świdrowało mnie wzrokiem chcąc zrozumieć, co znaczą słowa: „spojrzeć na niego”,„uśmiechnąć siꔄpowiedzieć… dzień dobry”.

Przerwałem to.

– Oto moje drugie polecenie służbowe: Proszę wskazać naszemu gościowi krzesło i uprzejmie poprosić, aby usiadł.

Przez salę przeszedł lekki szmer. Zaczęli się bardziej wiercić. Spoglądali raz na mnie, raz po sobie,jakby szukając odpowiedzi napytania:„O co mu chodzi?”. „Czego on chce?”, „Do czego zmierza?…”

I znów uderzyłem w tę ciszę powtarzając niemalże w tych samych słowach swoją formułę: „oto moje trzecie polecenie służbowe” …

– Po zapoznaniu się z problemem naszego klienta proszę zrobić wszystko, aby daną sprawę załatwić pozytywnie – rzekłem.

Wybuchł gwar,słychać było komentarze – „Jak to?!”. Jedni się uśmiechali, inny byli poważni, a potem znów zapadła cisza.I ponownie patrzyli raz na mnie, raz na siebie, chcą dociec, czy to jest jakieś kino, czy może jednak wszystko jest na poważnie.

– Pragnę, abyście państwo potratowali to, co powiedziałem bardzo serio. To nie żart, to nie jakaś gra. Tak od dzisiaj będziemy w urzędzie traktowali naszych mieszkańców. To są obywatele, którym należy się szacunek. Dzięki nim i dla nich tutaj pracujemy.To jest polecenie, za którego nieprzestrzeganie będę wyciągał konsekwencje służbowe – dodałem, by nie pozostawiać już żadnych wątpliwości,że mówię poważnie.

– Dziękuję, na tym kończę dzisiejsze zebranie. Możecie państwo wrócić do swoich obowiązków – powiedziałem i ruszyłem ku wyjściu.

Musiałem przejść przez całą salę. Dookoła stołów. Przepychałem się między ludźmi. Szedłem, a droga ta wydawała mi się dłużą i trudniejszą, niż lot człowieka na księżyc. Jedni siedzieli, inni stali, wszyscy milczeli. Nikt nie wychodził. Wiedli wzrokiem za mną.

Tak, w PRL-u ludzi traktowano „z góry”. Wszędzie. I na ulicy, gdzie milicjant mógł zatrzymać człowieka za byle co, a nawet bez żadnego powodu, i w sklepie, gdzie klient był nikim, a bogiem była pani kierowniczka, i oczywiście w urzędzie, gdzie petent był natrętem przeszkadzającym w zjedzeniu bułki z pomidorem.

Wiedziałem, że obycie, dobre wychowanie czy kultura osobista, to coś, co osiąga się żmudnym kształceniem przez lata, ba, przez całe dekady. Nie chciałem jednak czekać. Nie mogłem. Uważałem, że wymaganiami określonego zachowania, a także dawaniem samemu przykładu, można pożądany stan uzyskać w znacznie krótszym czasie. Należy jednak zastosować terapię szokową. Zawsze zresztą bardzo dużo, a może najwięcej, zależy od szefa.  To on daje dobry albo zły przykład. Staje się punktem odniesienia lub naśladowania.

Kiedy ostatnio usłyszałem z ust lidera Prawa i Sprawiedliwości określenie innych, jako „chamska hołota”, kiedy sobie przypomniałem wcześniejsze „spadaj dziadu”, czy potem „kanalie” i „zdradzieckie modry”, to uświadomiłem sobie, że nauka milionów ludzi, edukacja, dobre wychowanie, budowanie wartości międzyludzkich opartych na tolerancji, szacunku, atencji, czy równości i równouprawnieniu, znów przeżywają kryzys. Ba, naszły mnie obawy, że wracamy pod tym względem do czasów PRL-u. Czasów, w których władza mogła wszystko, a obywatele nie mogli nic!

W dniu 1 czerwca br. minęło 30 lat od dnia, w którym wypowiedziałem swoje trzy pierwsze polecenia. Polecenia, które zdecydowanie poprawiły relację między pracownikami mojego urzędu a mieszkańcami gminy. Nie gorzej ten proces postępował zresztą w całym kraju. Zaczęliśmy stawać się państwem, w którym tolerancja i szacunek wobec innych stawały się normą…

I nagle jest Sejm. I nagle padają niegodnie słowa. I nagle wszystko się zawala. I nagle wracamy do PRL-u.

Adam Szejnfeld
Senatora RP.

(Visited 322 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz